poniedziałek, 9 grudnia 2019

Małe kobietki - Louisa May Alcott

Ameryka, lata sześćdziesiąte XIX wieku. W domostwie zwanym Orchard House od pokoleń mieszka rodzina Marchów. Pod nieobecność ojca walczącego w wojnie secesyjnej, opiekę nad czterema córkami sprawuje samodzielnie ich matka, Marmee.
Córki pani March – stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy – starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek.



O książce „Małe kobietki" pierwszy raz usłyszałam kilka lat temu w jednym z odcinków serialu Przyjaciele". Na jakiś czas zapomniałam o tej pozycji, lecz gdy natrafiłam na jej tytuł w Internecie to od razu przypomniała mi się reakcja Joey'ego na tę historię i postanowiłam ją przeczytać. Przeczytałam ją kilka miesięcy temu, jednak patrząc na nowe, ilustrowane wydanie stworzone przez Wydawnictwo MG zapragnęłam przeczytać jeszcze raz tę książkę i jestem pozytywnie zaskoczona. 

Książka Małe kobietki" zachwyciła mnie już od pierwszych stron. Historia zaczyna się od świątecznego, zimowego czasu, czyli idealnie na czytanie o niej w grudniowe wieczory. Już na samym początku poznajemy wszystkie cztery siostry oraz ich mamę. Od pierwszych stron poznajemy także ich charaktery, zwyczaje i sposób życia. Wszystkie postacie mają głowy pełne niecodziennych pomysłów, o których aż chce się czytać. Do tego wszystkiego niesamowite pióro pani Alcott, które sprawia, że z tej historii bije ciepło i nie chce się od niej odrywać.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona książką Małe kobietki", gdyż czytanie jej po raz drugi w tym samym roku wcale nie spowodowało, że się przy niej nudziłam. Ponownie z wielkim zainteresowaniem śledziłam losy rodziny Marchów i mimo że wiedziałam co się zaraz stanie to myślałam tylko o tym, że zaraz pojawi się ten fajny moment albo ten smutny i miałam ogromną ochotę przeczytać ten fragment jeszcze raz. Nie mam w zwyczaju wracanie do książek, a na pewno nie po tak krótkim czasie i jestem zafascynowana tym, że Małej kobietki" sprawiły, że wróciłam ponownie do tej historii i mam ochotę jeszcze raz ją przeczytać. No ale poczekam do stycznia, bo Wydawnictwo MG zapowiedziało wznowienie drugiej części, czyli Dobre żony" i jestem ciekawa czy również tak mi przypadnie do gustu.

Ocena 6/6

poniedziałek, 25 listopada 2019

Książę i artystka - Nora Roberts

Aleksander de Cordina i Eve Hamilton nie tylko należą do dwóch różnych światów, mają też całkiem odmienne osobowości. Aleksander, następca tronu, obowiązkowy i zasadniczy, bywa irytująco władczy i apodyktyczny. Pełna uroku Eve, z powodzeniem wystawiająca sztuki teatralne, kocha swobodę. Jest spontaniczna i wrażliwa. Wydawałoby się, że tych dwoje nie może się pokochać, a ich miłość nie ma przyszłości. Tymczasem przeciwieństwa zaczynają się przyciągać.


 






Gdy niedawno przeczytałam pierwszą część cyklu „Księstwo Cordiny" to byłam zaskoczona stylem pani Roberts. Nie spodziewałam się, że zwykły romans może być tak fajnie napisany i mimo że jest trochę trywialny to wciąga. Po skończeniu czytania książki „Księżniczka i tajny agent" miałam ochotę od razu rzucić się na kolejną część tego cyklu czy też po prostu na inną książkę spod pióra Nory Roberts. Na szczęście, nie musiałam długo czekać, gdyż Wydawnictwo HarperCollins wznowiło drugą część cyklu, który niedawno poznałam. Mogłam więc się zabrać za książkę „Książę i artystka".

Historia opisywana w książce „Książę i artystka" dzieje się siedem lat po wydarzeniach opisanych w „Księżniczce i tajnym agencie". Tym razem na główny plan wysuwają nam się postacie drugoplanowe z poprzedniej części, czyli Aleks, następca tronu, oraz Eve, siostra przyjaciółki Gabrielli. Między nimi zaczynają pojawiać się jakieś uczucia, ale najpierw trzeba rozwiązać sprawy z przeszłości, które ponownie zagrażają rodzinie królewskiej. 

Książkę „Książę i artystka" czyta się bardzo szybko. Jest to krótka historia, którą można połknąć na raz. Nie wymaga od czytelnika zbyt dużego zaangażowania. Książkę czytałam mi się równie przyjemnie jak poprzedni tom cyklu, tylko tym razem historia trochę mniej mi przypadła do gustu. Sam główny wątek dotyczący Aleksandra i Eve był fajny, ale nie podobało mi się, że pojawił się zły bohater z poprzedniej części. Poczułam jakby ktoś tu trochę odgrzewał kotlety. Jednak nie zmienia to faktu, że z chęcią przeczytam kolejną część, w końcu został jeszcze wolny jeden książę i jestem ciekawa kto mu skradnie serce.

Ocena 4,5/6

środa, 20 listopada 2019

Na krawędzi otchłani - Bernard Minier

Moira, młoda Francuzka, ekspert w dziedzinie sztucznej inteligencji, podejmuje pracę w Hongkongu. Jej nowa firma to chiński wiodący producent nowych technologii. Praca nad prototypem wirtualnego opiekuna o wiele mówiącej nazwie Deus to dla niej życiowa szansa. Moira dość szybko orientuje się, że firma kryje wiele sekretów, i to nie tylko związanych z ochroną nowych rozwiązań technologicznych .Wśród jej pracowników mnożą się morderstwa, samobójstwa i wypadki. Moira czuje się śledzona i obserwowana. Wkrótce dziewczyna uświadamia sobie, że prawda, która czeka na nią u kresu nocy, jest bardziej przerażająca niż najgorszy z sennych koszmarów. 





W twórczości Miniera zakochałam się kilka lat temu, gdy przeczytałam jego debiut, czyli „Bielszy odcień śmierci". W kolejnych latach z wielką chęcią sięgałam po jego kolejne książki i z zainteresowaniem przyglądałam się jak rozwija historię komendanta Servaza. Niedawno, w moje ręce wpadła najnowsza powieść Miniera, która nie przenosi nas ponownie do świata jednego z moich ulubionych policjantów. Ba, nawet nie wracamy do Francji. Tym razem autor zabrał nas do Hongkongu i przybliżył trochę świat nowych technologii. 

Pierwszą rzeczą jaką rzuciła mi się w oczy po rozpoczęciu czytania książki „Na krawędzi otchłani" to był rodzaj czasowników. Tak przyzwyczaiłam się do męskiego głównego bohatera w książkach Miniera, że doznałam małego szoku, gdy przeczytałam czasowniki rodzaju żeńskiego, ale szybko się do tego przyzwyczaiłam i wyciągnęłam w historię. 

Nie nazwałbym tej książki kryminałem czy też thrillerem. Przez większość książki akcja bardzo powoli się rozwija. Gdzieś w tle jest tajemnica, próba odnalezienia zabójcy. Jednak na pierwszym planie mamy technologie. Autor skupił się na przedstawieniu nam jak wygląda praca nad rozwojem sztucznej inteligencji. Jest to temat, który ostatnio mnie ciekawi, więc taki wolny rozwój fabuły ani trochę mi nie przeszkadzał. Jak już poznaliśmy trochę ten świat to dopiero na pierwszy plan wysunęła się zagadka i szeroko rozwinięte poszukiwania przestępcy.

„Na krawędzi otchłani" to kolejna książka Miniera, która mi się spodobała i mam nadzieję, że autor stworzy więcej książek, gdzie wydarzenia będą związane z AI. Polecam! 

Ocena 5,5/6 
Dom Wydawniczy Rebis

wtorek, 12 listopada 2019

Gorączka świątecznej nocy - Caroline Hulse

Claire i Matt chcą spędzić święta z córką. Tyle że są po rozwodzie i w dodatku każde z nich znalazło nowego partnera. Jadą więc w pełnym składzie. Claire zabiera Patricka – zapalonego sportowca szykującego się do startu w Iron Manie. Matt przyjeżdża ze swoją nową miłością, Alex – inteligentną, zabawną i anielsko cierpliwą. Najważniejsza jest jednak Scarlett – siedmiolatka i jej wymyślony przyjaciel Posey – wielki fioletowy pluszowy królik.
Ośrodek, do którego jadą, nosi nazwę Szczęśliwy Las i oferuje multum atrakcji, na które żadne z nich nie ma ochoty. Próbując przetrwać kilka wspólnych dni, piją trochę za dużo, zdradzają swoje sekrety z przeszłości i starają się nie kłócić. Ale i tak wszystko kończy się pełnym przerażenia i łez telefonem na policję…
Co poszło nie tak? Przecież się umawiali, że będą się zachowywać jak dorośli… 

Pod koniec października nastał wysyp świątecznych książek. Nie sięgnęłam wtedy po żadną, chociaż kusiły mnie z każdej strony. Wszędzie je widziałam, ale nie wiedziałam od jakiej zacząć, tyle ich było. Los trochę mi pomógł i w moje łapki wpadła książka Gorączka świątecznej nocy". Tytuł i okładka jak najbardziej sugerują, że mamy przed sobą książkę, która opisuje czyjeś święta, a opis zachęca, by zapoznać się z tą pozycją. Pełna chęci na świąteczną historię zabrałam się do czytania. 

Zaczynało się dobrze. Mieliśmy przygotowanie do świątecznego wyjazdu. Wszystko szło po mojej myśli, że dostanę świąteczną historię. Niestety, nie do końca tak było. Owszem, wydarzenia dzieją się w okresie okołoświątecznym, jak i w trakcie samych świąt, ale gdyby zmienić czas na letni to fabuła nadal miałaby sens. Nadal byłaby to historia patchworkowej rodziny, która postanowiła wyjechać razem na urlop. To w sumie taki jedyny mój mały zgrzyt z tą książką, gdyż oczekiwałam, że ten świąteczny klimat wysunie się bardziej do przodu, a nie będzie jedynie tłem, które nawet niezbyt często będzie wspomniane. 

Sama historia opisywana w książce „Gorączka świątecznej nocy" przypadła mi do gustu. Mamy tutaj skomplikowane relacje, które dorośli próbują jakoś utrzymać, aby kilkuletnia Scarlett miała udany wyjazd. Można tu znaleźć śmieszne sytuacje, jak i te bardziej poważne. Miałam okazję poznać problemy patchworkowej rodziny, która nie do końca jest ze sobą szczera, ale próbuje utrzymać jakieś pozory, aby święta były udane. Co z tego wyszło? Jeśli jesteście ciekawi to zachęcam do sięgnięcia po książkę pani Hulse. 

Ocena 4,5/6
Wydawnictwo Znak

sobota, 9 listopada 2019

Koderzy - Clive Thompson

Programiści, koderzy, specjaliści IT. Jak ich praca oddziałuje na nasze życie? Czy stereotyp zamkniętego w sobie nerda w grubych okularach jest prawdziwy? Dlaczego tak mało jest w tej grupie kobiet, choć na początku to one zdominowały tę dziedzinę?

Programowanie pozwala wyczarować wszystko. Dzięki niemu można zrobić przelew bankowy w smartfonie, wysłać znajomemu śmiesznego gifa, ale też stworzyć sztuczną inteligencję, która sama podejmuje decyzje, może być narzędziem wojny i zmienić wyniki wyborów.

Czy życie programisty przypomina to z serialu Mr Robot? Czy koder może napisać aplikację, która znajdzie mu idealną partnerkę? Dlaczego twórcy przycisku „lubię to” go nie lubią i unikają Fejsa?


Lubię czytać o różnych zawodach. Z kodowaniem nie mam nic wspólnego, ani trochę się na tym nie znam, ale zaciekawiła mnie książka Clive'a Thompsona. Z niecierpliwością czekałam na premierę Koderów". Nie wiedziałam nic o panu Thompsonie. Myślałam, że jest człowiekiem z branży o której pisze. Nawet nie wpadłam na to by to sprawdzić. Jednak zanim doczekałam się premiery jego książki natrafiłam na wywiad z nim w Internecie. Dowiedziałam się z niego, że to dziennikarz i po sposobie wypowiedzi stwierdziłam, że tę książkę będzie się super czytało i nie będę mieć problemów ze zrozumieniem jej. I tak też było. 

W książce „Koderzy" znalazłam nie tylko opis dzisiejszego świata branży IT, lecz także jej historię. Dzięki niej dowiedziałam się jak rozwijało się kodowanie, od czego się w ogóle zaczęło i jak się zmieniło przez te wszystkie lata. Jestem zachwycona tym ile dowiedziałam się z tej książki i ile ciekawostek z niej wyniosłam, którymi mogę się dzielić. Nadal jestem pod wrażeniem przygotowania autora do tej książki. Moim zdaniem bardzo dokładnie opisał nam dziedzinę IT. Znajdziemy tu przeszłość, teraźniejszość i nawet przypuszczenia tego, w którą stronę może się rozwinąć. Mamy tutaj także fragmenty wywiadów z wieloma osobami specjalizujących się w kodowaniu i znanych na całym świecie. Warto się z nimi zapoznać.

Nie wiem, czy spodoba się ta książka specjalistom (ale już niedługo się dowiem, bo książką do jednego powędrowała), ale mi przypadła do gustu. Świetne historie, niektóre zabawne, a niestety niektóre smutne, lecz warto znać prawdziwe dzieje programowania. Polecam!

Ocena 5/6

sobota, 2 listopada 2019

Tajemnica dorożki - Fergus Hume

Najpoczytniejsza wiktoriańska powieść sensacyjna!
Pierwsze wydanie Tajemnicy dorożki osiągnęło w Australii sprzedaż około 400 000 egzemplarzy. Jej autor był nieznanym dramaturgiem, ale za wszelką cenę pragnął osiągnąć sławę. Jednak nie mógł znaleźć żadnego dyrektora teatru w Melbourne, który zechciałby przyjąć, albo nawet przeczytać, napisaną przez  niego sztukę. W końcu zdał sobie sprawę, że jego prawdziwym celem jest napisanie powieści. 
Postanowił więc napisać książkę opisującą tajemnicę, morderstwo oraz życie niższych sfer Melbourne. Ponieważ i tym razem nie znalazł wydawcy chętnego do ryzyka, wydał ją własnym sumptem i już w pierwszym tygodniu sprzedał ponad 5000 egz. Był rok 1886.
 



Do przeczytania książki „Tajemnica dorożki" skłoniły mnie dwie informacje. Po pierwsze, że jest to wiktoriańska powieść sensacyjna, a po drugie, iż została ona dopiero teraz wydana po raz pierwszy w Polsce, co przyciągnęło moją uwagę, gdyż pierwotnie została wypuszczona na rynek w XIX wieku w Australii. Te dwie informacje sprawiły, że byłam bardzo ciekawa tej pozycji i gdy miałam ją już w łapkach od razu zabrałam się do czytania. 

Moje pierwsze spostrzeżenie o książce „Tajemnica dorożki" dotyczyła jej klimatu. Spotkałam tutaj niesamowity klimat XIX-wiecznej Australii, który jest wyjątkowy i niespotykany w publikacjach z XXI wieku. Do tego klimatu dochodzi jeszcze łatwość czytania tej pozycji. Myślę, że to zasługa tłumacza, który się postarał, abyśmy nie mieli żadnych kłopotów z czytaniem książki napisanej przez pana Hume w 1886 roku. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem historii oraz klimatu jaki zastałam w książce „Tajemnica dorożki" i mam nadzieję, że uda mi się coś jeszcze podobnego kiedyś przeczytać. Jeśli jeszcze nie znacie tej książki, a lubicie kryminały to warto zapoznać się z tym. Teraz takich historii się nie wydaje.Polecam!

Ocena 5,5/6

sobota, 19 października 2019

Księżniczka i tajny agent - Nora Roberts

Księżniczka Gabriella de Cordina zostaje porwana pomimo stałej ochrony. Cudem ucieka porywaczom, ale pod wpływem dramatycznych wydarzeń traci pamięć. Nie wiadomo, kto i dlaczego ją uprowadził. Nadal jednak zagraża jej niebezpieczeństwo, dlatego rodzina angażuje wysokiej klasy specjalistę. Nonszalancki Amerykanin Reeve MacGee to były tajny agent. Doskonale radzi sobie ze wszystkim, ale staje się bezbronny wobec uczucia do zachwycającej i wrażliwej kobiety, którą ochrania.









Lata temu czytałam swoją pierwszą książkę Nory Roberts. Teraz, nawet nie pamiętam czy mi się podobała, czy nie. Ostatnio nabrałam ochotę, aby ponownie sprawdzić jakie są książki pani Roberts, a to wszystko dlatego, że zaczęłam obserwować na Instagramie jedną z fanek Nory. Przyglądając się jej tworom przekonałam się, że napisała już ogromną ilość książek i to w różnych gatunkach. Nie wiedziałam po co sięgnąć, ale w końcu zdecydowałam się na książkę pod tytułem „Księżniczka i tajny agent".

Patrząc na okładkę oraz tytuł książki „Księżniczka i tajny agent" stwierdziłam, że to będzie zwykły, lekki romans do którego zbytnio się nie przywiążę i szybko o nim zapomnę. I z tym założeniem trochę się pomyliłam. Dostałam bardziej powieść obyczajową z wątkiem romantycznym, gdyż autorka skupiła się na życiu księżniczki, jej nowej codzienności i próbie odzyskania pamięci, a dopiero gdzieś w tle mamy romans między głównymi bohaterami. Była to bez wątpienia lekka książka, ale wątpię bym o niej szybko zapomniała, gdyż jestem pod ogromnym wrażeniem stylu pani Roberts. Nie spodziewałam się, że historia nadająca się na harleqiun, jak mi się na początku wydawało, może być tak dobrze napisana. 

Książka „Księżniczka i tajny agent" niewątpliwie przypadła mi do gustu. Historia i pióro autorki sprawiły, że mam ochotę sięgnąć po kolejną książkę pani Nory. Mam nadzieję, że jako następna wpadnie mi w łapki „Książę i artystka", gdyż przywiązałam się do księstwa Cordiny i z chęcią poznałabym dalsze losy brata księżniczki Gabrielli.

Ocena 5/6

środa, 2 października 2019

Harry Haft - Alan Scott Haft

Hercka Haft, polski Żyd z Bełchatowa, miał czternaście lat, gdy wybuchła wojna, a szesnaście, gdy trafił do Auschwitz. W piekle na ziemi stracił bliskich i wiarę w Boga. Zmuszony do walki z innymi Żydami na gołe pięści stał się Animal Jew – żydowskim zwierzęciem dostarczającym rozrywki nazistowskim prominentom. Wiedział, że jego życie zależy od tego, czy wygra kolejną walkę. Stoczył ich siedemdziesiąt pięć.
Tak narodził się bokser – późniejszy Harry Haft.
Po ucieczce z marszu śmierci trafił do Ameryki. Jako jedyny biały trenował samotnie na Brooklynie. Walczył z przeciwnikami bez tytułów aż do dnia, gdy stanął na jednym ringu z niepokonanym mistrzem świata wagi ciężkiej – Rockym Marciano. Przed Haftem otworzyły się drzwi do wielkiej kariery, ale także do bezwzględnego świata gangsterów i mafii.


Patrząc po raz pierwszy na okładkę książki Harry Haft. Historia boksera z Bełchatowa. Od piekła Auschwitz do walki z Rockym Marciano" nie miałam pojęcia kto to jest Harry Haft. Myślę, że ominęłabym tę książkę i wyrzuciła z pamięci, gdyby jej tytuł był po prostu Harry Haft". Jednak tytuł tej książki jest dłuższy i ten, kto zadecydował o tym zrobił dobrą robotę. Moją uwagę przyciągnął napis Od piekła Auschwitz do walki z Rockym Marciano" i to właśnie on spowodował, że zaciekawiłam się tą pozycją. Myślę że niejedną osobę także zainteresują właśnie te słowa na okładce i sięgnie po nią tak jak ja. 

Książkę o Harrym Hafcie zaczęłam czytać z wielkim zaciekawieniem. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się kto to był ten Hercka Hatf i jak to się stało, że przeżył obóz i następnie stał się bokserem walczącym z Marciano. Poznawanie historii jego życia może wzruszyć czytelnika. Haft przeżył piekło i niełatwo się o tym czyta. Jednak cały czas ma się z tyłu głowy, że jest to człowiek, który przeżył wojnę, więc wiemy, że ta historia nie skończy się tragicznie. 

Harry Haft. Historia boksera z Bełchatowa. Od piekła Auschwitz do walki z Rockym Marciano" to ciekawa pozycja, która nie jest pisana jak typowa biografia. Przez większość czasu można zapomnieć, że jest to historia życia prawdziwego człowieka. Dopiero pod koniec, gdy autor staje się narratorem, uświadomiłam sobie, jaką dobrą robotę zrobił, że tę książkę czyta się tak dobrze i spodobała się osobie, która nie przepada za typowymi biografiami. 

Historia o Harrym Hafcie pokazuje, że życie nie jest czarno-białe. Czy człowieka można nazwać w stu procentach złym po tym jak się zachowuje nie znając jego przeszłości? Jeśli chcecie wiedzieć o co mi chodzi, zachęcam do przeczytania książki o Hafcie.

Ocena 5/6

sobota, 28 września 2019

Szczęście dla zuchwałych - Petra Hulsmann

Szczęście nie rośnie na drzewach – czasem trzeba o nie zawalczyć. Zabawna i wzruszająca opowieść o kobiecie, która odważyła się być szczęśliwa.
Stoisz po szyję w wodzie? Głowa do góry! Imprezy, wolność, beztroska − dla Marie nie ma nic ważniejszego. Wszystko zmienia się, kiedy jej siostra Christine zapada na ciężką chorobę i prosi, by na czas terapii zaopiekować się jej dziećmi. Jakby tego było mało, Marie ma przejąć jej posadę w rodzinnej stoczni jachtowej. Zupełnie nie ma ochoty na nowe wyzwanie, a tym bardziej na nowego szefa, sztywnego nudziarza o imieniu Daniel. Podczas gdy jedna katastrofa goni drugą, a życie staje się chaosem, Marie powoli zaczyna pojmować, że są na świecie rzeczy, o które warto walczyć. I że pewne sytuacje – na przykład nowa miłość − dopadają człowieka wtedy, gdy się tego najmniej spodziewa.



Lubię czytać powieści obyczajowe. To przy nich najbardziej się relaksuję. Nie wymagają zbyt dużego skupienia od czytelnika, a dostarczają rozrywkę. Ostatnio, zdecydowałam się na przeczytanie książki „Szczęście dla zuchwałych". Nie oczekiwałam od niej zbyt wiele. Wątpiłam, aby ta książka czymś mnie zaskoczyła. Chciałam po prostu spędzić kilka wieczorów z niewymagającą lekturą. 

„Szczęście dla zuchwałych" to nie jest cieniutka książeczka. Posiada ponad pięćset stron. Patrząc na tę objętość przewidziałam, że przeczytanie tej pozycji zajmie mi kilka wieczorów. Ku mojemu zdziwieniu, po pierwszym wieczorze czytania byłam już w połowie, a po drugim skończyłam. Książkę tę czyta się w ekspresowym tempie. Została napisana bardzo przyjemnym językiem, który ani trochę nie utrudniał odbioru. 

A co z fabułą? Z nią bywało różnie. Na początku, opisywana historia mi się spodobała. Może nie było to coś niespotykanego, szokującego i wiedziałam jak to się skończy to kibicowałam głównej bohaterce. Jednak im dalej tym zaczęły się pojawiać wątki, które średnio mi pasowały do całej książki i które sprawiły, że moja ogólna ocena tej książki się pogorszyła. 

„Szczęście dla zuchwałych" to dobra książka, ale bez fajerwerków. Czyta się szybko i nie wymaga zbyt wiele od czytacza, ale w pewnym momencie mogą wystąpić zgrzyty i irytacja. Jest to książka do jednorazowego przeczytania i myślę, że sięgną po nią wyłącznie fani obyczajówek.

Ocena 4,5/6

środa, 25 września 2019

Pod nóż - Arnold van de Laar

Tracheotomia prezydenta Kennedy’ego, Bob Marley i czerniak pod paznokciem, tętniak Einsteina, Jan Paweł II i historia jednego pocisku… 
Arnold van de Laar zaprasza w podróż przez dzieje chirurgii – od starożytności po najnowsze osiągnięcia i technologie. Ogrom wiedzy i równie wiele anegdot, opowiadanych z przymrużeniem oka – to wszystko czyni Pod nóż najatrakcyjniejszą na polskim rynku książką o tej tematyce. 
„Kim są chirurdzy, jacy to ludzie? Skąd przychodzi im do głowy pomysł krojenia czyjegoś ciała w chwili, gdy ta osoba nic nie czuje? Jak mogą spokojnie spać, podczas gdy zoperowany pacjent walczy o życie? Jak dają sobie radę po śmierci pacjenta pod nożem, nawet jeśli nie popełnili błędu? Czy chirurdzy są szaleni, genialni, czy pozbawieni wszelkich skrupułów?” – pisze we wstępie autor, holenderski chirurg specjalizujący się w laparoskopii.


Uwielbiam wszystkie książka związane w jakiś sposób z medycyną. Nie powinno być szokujące to, że jak zobaczyłam zapowiedź książki ,,Pod nóż" to zapragnęłam ją przeczytać. Chirurgia zajmuje specjalne miejsce w moim serduszku. Jest to moje niespełnione marzenie i czytając o niej czuję się jakbym przeniosła się do świata chirurgów i staję się odrobinę szczęśliwsza. 

,,Pod nóż" to 28 historii operacji, jakie wydarzyły się w ciągu ostatnich wieków. Nie są to zbyt długie historie, gdyż każda została opisana na kilkunastu stronach, co moim zdaniem jest idealną długością. Mamy okazję poznać ciekawe historie z dziejów chirurgii, a przy tym nie zaczynamy się nudzić, gdyż żadna opowieść nie została na siłę rozwleczona. Mamy tu najważniejsze fakty, różne anegdoty, ciekawości, dzięki czemu bardzo przyjemnie czyta się tę pozycję. 

Książka ,,Pod nóż" nadaje się również dla osób kompletnie zielonych w chirurgii. Każdy użyty termin jest tłumaczony w łatwy i przystępny sposób. Po przeczytaniu tej pozycji poszerzyłam swoją wiedzę nie tylko o ciekawe przypadki z chirurgii, ale także o kilka medycznych terminów, z którymi wcześniej się nie spotkałam. Jestem zachwycona tą książka i z wielką chęcią przekazywałam dalej co ciekawsze szczegóły przeczytanych historii, przez co zachęciłam do przeczytania książki pana van de Laara.

Ocena 5,5/6

poniedziałek, 23 września 2019

Otherhood. Mamusie bez synusiów - William Sutcliffe

Co oprócz więzów krwi łączy matkę i jej trzydziestoparoletnie dziecko? Rzecz w tym, że czasem niewiele. Lecz kiedy twoja mama uświadomi sobie ten smutny fakt – i w dodatku postanowi coś z nim zrobić – spodziewaj się kłopotów. A przynajmniej postawienia życia na głowie.

Matt, Paul i Daniel to typowi 30-letni single. Żyją według zasady 3×0: zero żon, zero dzieci, zero telefonów do mamy. Matt lubi gry komputerowe i seks z modelkami, Daniel głównie tęskni za swoją eks, a Paul zapomniał powiedzieć matce, że ma chłopaka.

Pewnego dnia ich matki – Carol, Gillian i Helen – uświadamiają sobie, że nie wiedzą już, kim są ich synowie. Ani co robią. Ani z kim. Postanawiają odnowić więzi. Nawet za wszelką cenę.

Pewnego wieczora przeglądałam sobie Netflix i poszukiwałam czegoś przyjemnego do oglądania. Tak natrafiłam na film ,,Mamusie bez synusiów". Zwiastun średnio przypadł mi do gustu, ale lubię aktorki, jakie wystąpiły w tej produkcji. Ze względu na nie włączyłam ten film i go obejrzałam. Szczerze mówiąc to średnio mi się spodobał i jak się dowiedziałam, że jest na podstawie książki to stwierdziłam, że raczej nie przeczytam tej pozycji. Jednak im więcej myślałam o tej książce tym bardziej chciałam się z nią zapoznać i tak w moje ręce trafiła książka ,,Otherhood. Mamusie bez synusiów".

Od samego początku czytania do końca w mojej głowie pojawiały się porównania do filmu, co zmienili, co pokazali tak samo. Zastanawiałam się też, co jest lepsze, jednak mam wrażenie, że film i książka są mniej więcej na takim samym, średnim poziomie. Chociaż w książce znalazłam więcej szczegółów dotyczącej tej historii, co oczywiście mi się spodobało. 

Książkę ,,Otherhood. Mamusie bez synusiów" czyta się błyskawicznie. Nie mu tu nad czym się zastanawiać, po prostu czyta się stronę po stronie. Ta książka nie wymaga zbyt wiele od czytelnika. Należy ona do gatunku, któremu nie trzeba poświęcić więcej niż jeden wieczór. Idealna lektura do odprężenia się pod kocykiem z kubkiem ciepłej herbaty.  

Ocena 4,5/6

sobota, 14 września 2019

Miasto dziewcząt - Elizabeth Gilbert

„Życie jest nie tylko ulotne, ale też niebezpieczne, dlatego nie ma sensu odmawiać sobie przyjemności” – tym mottem kieruje się główna bohaterka Miasta dziewcząt. Wyrzucona z prestiżowej uczelni Vivian trafia do Nowego Jorku, do ciotki, która prowadzi podupadający teatr rewiowy. Tu poznaje grono charyzmatycznych postaci: frywolne tancerki, seksownych amantów, znakomitą artystkę dramatyczną, autora tandetnych sztuk, muzyków i reżyserów. Gdy popełnia błąd i w środowisku wybucha skandal, jej nowy świat staje na głowie, ale choć nie od razu pojmie w pełni, co się stało, to jednak dzięki temu doświadczeniu zrozumie, czego pragnie i jak to osiągnąć. 





Do tej pory nie miałam okazji przeczytania jakiejkolwiek książki pani Gilbert. Ba, nawet nie obejrzałam ekranizacji jej najpopularniejszej powieści pod tytułem ,,Jedź, módl się, kochaj". Nawet nie wiedziałam, jak się nazywa autorka tego bestsellera. Jednak gdy ujrzałam zapowiedź książki ,,Miasto dziewcząt" poczułam, że to coś dla mnie. A gdy zobaczyłam pierwszą recenzję tej książki, miałam ochotę nadrobić wszystko, co wyszło spod pióra Elizabeth Gilbert. Na sam początek zabrałam się za jej najnowszą książkę, czyli ,,Miasto dziewcząt". 

,,Miasto dziewcząt" spodobało mi się już od pierwszej strony. Sama historia mnie zaciekawiła, ale to język i styl tej książki sprawił, że miałam ochotę pochłonąć każde słowo, jakie się w niej znajduje. A to dla mnie coś niespotykanego, gdyż większość książek posiada jakieś fragmenty, które po prostu muszę ominąć, bo mnie nudzą, a nic ciekawego do historii nie wnoszą, a podczas czytania tej książki tego nie zrobiłam. Przeczytałam od deski do deski z niemałym podziwem. 

Historia opisywana na stronach książki ,,Miasto dziewcząt" to historia Vivian. Vivian poznajemy jako młodą dziewczynę, która przenosi się do Nowego Jorku do ciotki. Tam zaczyna prowadzić życie, którego do tej pory nie znała. Możemy tu przypatrywać się czasom wojennym, poznać mentalność ludzi lat czterdziestych, ale także towarzyszyć młodej dziewczynie poznającej świat oraz przyglądać się jak jej życie potoczyło się do późnych lat starości. Niesamowita historia, która złapała mnie za serce. 

,,Miasto dziewcząt" polecam z całego serca. Jest to książka, która rozpoczęła moją przygodę z twórczością pani Gilbert i mam wrażenie, że to będzie bardzo udana podróż.

Ocena 6/6

środa, 11 września 2019

Zapowiedź: Szczęście dla zuchwałych - Petra Hulsmann


Premiera: 18.09.2019
 
Szczęście nie rośnie na drzewach – czasem trzeba o nie zawalczyć. Zabawna i wzruszająca opowieść o kobiecie, która odważyła się być szczęśliwa.
Stoisz po szyję w wodzie? Głowa do góry! Imprezy, wolność, beztroska − dla Marie nie ma nic ważniejszego. Wszystko zmienia się, kiedy jej siostra Christine zapada na ciężką chorobę i prosi, by na czas terapii zaopiekować się jej dziećmi. Jakby tego było mało, Marie ma przejąć jej posadę w rodzinnej stoczni jachtowej. Zupełnie nie ma ochoty na nowe wyzwanie, a tym bardziej na nowego szefa, sztywnego nudziarza o imieniu Daniel. Podczas gdy jedna katastrofa goni drugą, a życie staje się chaosem, Marie powoli zaczyna pojmować, że są na świecie rzeczy, o które warto walczyć. I że pewne sytuacje – na przykład nowa miłość − dopadają człowieka wtedy, gdy się tego najmniej spodziewa.

Fragment

Przedsprzedaż

środa, 28 sierpnia 2019

Non stop - Brian Aldiss

 Roy Complain oraz jego plemię żyją w porośniętych dziką roślinnością Kwaterach i walczą o przetrwanie w nieprzyjaznym świecie. Wrogami, oprócz innych plemion i dzikich zwierząt, są też mityczni Ludzie z Dziobu, legendarni Giganci i przerażający Obcy. Jedna z legend głosi, że wszystkie Pokłady są zamknięte w pojemniku zwanym statkiem, który przemierza pustkę od jednego świata do drugiego. Complain nie wie, które opowieści starszyzny są prawdziwe. W trakcie wyczerpującej, pełnej niebezpieczeństw wyprawy przekona się, że mityczny statek skrywa liczne tajemnice, a prawda jest jeszcze bardziej przerażająca.
Czy zastanawialiście się kiedyś, jak mógłby inaczej wyglądać świat? Przyznaję się, że ja się nie zastanawiam. Ja po prostu sięgam po książki, które przedstawiają inną rzeczywistość, tę której nie znam. Tym razem sięgnęłam po książkę pana Aldissa pod tytułem Non stop". Jest to kolejna część należąca do serii Domu Wydawniczego Rebis pt. „Wehikuł czasu". Poprzednie książki należące do cyklu bardzo mi się podobały, więc bez wahania i z wielkim zaciekawieniem sięgnęłam po książkę pana Aldissa.

Tym razem miałam przyjemność przenieść się do świata, gdzie główni bohaterowie żyją na statku. Complain należy do kolejnego pokolenia zamieszkującego statek. Do pokolenia, które nie wyobraża sobie innego świata, jak ten w którym żyje. To pokolenie nie jest już nawet świadome, że znajdują się na statku, który przemierza drogę od planety do planety. Jednak Roy Complain odkrywa prawdę o swoim świecie. 

„Non stop" to książka, która bardzo szybko wciąga. Przedstawia ciekawą wizję życia plemion, którą chce się poznać w najdrobniejszych szczegółach. W samej historii nie znalazłam żadnej luki, wszystkie wątki wydają się być spójne, jednak książka chwilami mnie nudziła. Byłam ciekawa jak rozwinie się ta historia, a już najbardziej jak się skończy, lecz mam wrażenie, że niektóre wątki mogłyby zostać pominięte. Nie zmienia to faktu, że jest to dobra pozycja sci-fi i warto się z nią poznać. 

Ocena 4,5/6

środa, 21 sierpnia 2019

Czarna loteria - Tess Gerritsen

To miał być banalny zabieg chirurgiczny, ale pacjentka, pielęgniarka miejscowego szpitala, umarła niespodziewanie na stole operacyjnym. O błąd w sztuce lekarskiej zostaje oskarżona anestezjolog Kate Chesne. Wynajęty przez rodzinę zmarłej adwokat, David Ransom, jest całkowicie przekonany o winie Kate. Jednak gdy w tajemniczych okolicznościach ginie kolejna pielęgniarka, David zmienia zdanie. Nagle dociera do niego, że morderca wybiera swoje ofiary spośród pracowników szpitala. David zaczyna stawiać te same pytania, na które rozpaczliwie poszukuje odpowiedzi Kate.






Kilka lat temu Tess Gerritsen była jedną z moich ulubionych autorek książek. Jednak tak się stało, że od kilku lat nie sięgnęłam po żadną pozycję z pod jej pióra. Poznałam więcej ciekawych autorów i jakoś nie miałam chęci wracać do jej twórczości. Ostatnio sobie o niej przypomniałam i nabrałam ochoty coś przeczytać. W moje łapki wpadła książka ,,Czarna loteria". Czy nadal mogę nazwać Gerritsen jedną z moich ulubionych? Już raczej nie. 

,,Czarna loteria" to kryminał z szerokim wątkiem romansu. Do tej kategorii dodałabym większość książek Gerritsen, jakie udało mi się przeczytać. Kiedyś ten wątek romansu mi nie przeszkadzał. Teraz, po latach, bardziej kłuje mnie w oczy i przyczynia się do słabszej oceny książki. Sama sprawa kryminalna jest ciekawa i z wielkim zaangażowaniem ją śledziłam. Mimo że udało mi się rozwiązać zagadkę sporo przed bohaterką to historię zaliczam do tych niezłych. 

Książkę ,,Czarna loteria" czyta się błyskawicznie. Przyczynia się do tego niewielka ilość stron, jak i styl autorki, który nie sprawia problemów w odbiorze. Jeśli macie ochotę na niezłą, bo niestety nie świetną, historię kryminalną, nie przeszkadza wam romans między głównymi bohaterami i chcecie połknąć historię na raz to polecam ,,Czarną loterię". 

Ocena 4,5/6

piątek, 16 sierpnia 2019

Vera - Anne Sward

Opowieść o matkach i córkach, miłości i zdradzie, poczuciu winy i woli przetrwania
Jedna z najlepszych szwedzkich powieści ostatnich lat napisana przez członkinię Akademii Szwedzkiej
Kiedy gorset zaciska się na żebrach, ubierana do ślubu Sandrine myśli o dziwnym życiu, jakie czeka ją w arystokratycznej szwedzkiej rodzinie u boku starszego, przystojnego ginekologa, Ivana Cedera. Kiedy nieznacznie się rozluźnia, Sandrine wspomina przeszłość: dzieciństwo na południu Francji, skąd pochodziła jej matka, i wojnę na podhalańskiej wsi, skąd wywodził się jej ojciec marynarz.
Lodołamacz toruje drogę na wyspę. Tam ma odbyć się wesele, rozgrzani alkoholem goście nie zorientują się, że w izbie za ścianą pan młody odbiera poród. W noc poślubną na świat przyjdzie niebieskooka Vera ­– jedna z wielu tajemnic Sandrine.

Od chwili, gdy przeczytałam opis książki „Vera" chciałam ją przeczytać. Zaciekawił mnie sam opis, a także szwedzkie pochodzenie autorki. Do tej pory nie przeczytałam zbyt wielu skandynawskich historii. Jednak każda poznana przeze mnie pozycja miała swój unikatowy klimat, który sprawia, że mam ochotę poznać więcej książek z tego regionu. Gdy chcę już po jakąś sięgnąć to pojawiają się w mojej głowie wątpliwości czy na pewno mi się spodoba i ostatecznie sobie odpuszczam. Pomimo wątpliwości w „Verze" coś mnie przyciągnęło i przeczytałam ją. Czy było warto?

W książce „Vera" tak naprawdę znajdziemy historię Sandrine, czyli matki tytułowej Very. Mamy okazję przyjrzeć się aktualnemu życiu kobiety, jak i poznać jej przeszłość. W jej życiu dużo się działo. Swoje dzieciństwo spędziła najpierw we Francji, gdzie się urodziła. Następnie, przeniosła się do Polski, gdzie spędziła większość II wojny światowej. Gdy weszła do rodziny Cedera skrywała dużo tajemnic, które po kolei poznajemy. Przyglądamy się także życiu bogatej rodziny zaraz po zakończeniu wojny. 

„Vera" wywarła na mnie ogromne wrażenie. Niesamowity klimat i jeszcze bardziej niespotykana historia. Zakochałam się w tej książce i mam ochotę poznać więcej takich powieści. Nie wiem, czy inne dzieła pani Sward są tak równie dobre, ale mam ochotę je poznać. Mam nadzieję, że chociaż po części przeniosą mnie do tak klimatycznej Szwecji z tak emocjonalną i pełną tajemnic historią.  

Ocena 5,5/6

wtorek, 6 sierpnia 2019

Powstańcy - Magda Łucyan

Poszli walczyć uzbrojeni w biało-czerwone opaski

Nie wyskoczyłbyś po ten karabin? Przydałby się nam!” – usłyszał „Julek” od swojego dowódcy. Pod niemieckim ostrzałem zdobył upragnioną broń.

„Dziewczyn do tego nie biorą” – dowiedziała się „Pączek”, gdy oświadczyła, że chce walczyć z bronią w ręku. By móc strzelać, udawała mężczyznę.

„Gdybyś po niego nie przyszedł, toby żył” – oświadczyła „Jurowi” matka kolegi poległego w powstaniu.

Powstanie miało trwać maksymalnie trzy doby. Na tyle mieli być przygotowani. Walczyli 63 dni. Codziennie musieli żegnać przyjaciół, z którymi ramię w ramię brali udział w nierównym boju z Niemcami.

Wydawnictwo Znak od kilku lat wydaje serię Prawdziwe historie". Kilka lat temu miałam okazję poznać kilka pozycji należących do tego cyklu. Mimo że mi się podobały to zaniedbałam śledzenie tej serii i od jakiegoś czasu nie przeczytałam żadnej z Prawdziwych historii". Ostatnio, natknęłam się na zapowiedź książki Powstańcy" i naszło mnie, żeby wrócić do tej serii. To była bardzo dobra decyzja. 

Powstańcy" to zbiór dziesięciu wywiadów, jakie przeprowadziła Magdy Łucyan z powstańcami. To historie, które potrafią wzruszyć, ale także doprowadzić do śmiechu. Mój partner dziwił się, że można zachwycać się książką o powstaniu, a ja co chwilę chciałam mu koniecznie przeczytać jakiś fragment. Po prostu miałam ochotę dzielić się tymi historiami, które przed chwilą przeczytałam. 

Książka Powstańcy" jest niesamowita. Polecam każdemu ją przeczytać. Znajdziemy tu prawdziwe historie, które potrafią wzbudzić przeróżne emocje w czytelniku. Pojawiły się wzruszające historie dotyczące życia uczuciowego bohaterów. Przerażające historie o tym, co się działo w takcie powstania. Także zadziwiające historie o tym, jak wyglądała wtedy Warszawa, jak została zniszczona, a jako mieszkanka stolicy wiem, jak wygląda dzisiaj. Jes to książka zdecydowanie warta przeczytania.

Ocena 5,5/6

piątek, 2 sierpnia 2019

Antolka - Magdalena Kordel

Niektórzy mówią, że gdy życie rzuca ci kłody pod nogi, zawsze możesz otworzyć tartak.

Antolka właśnie tego musiała się nauczyć. Nigdy nie poznała swojego ojca, a kłótnie z despotyczną i nieczułą matką stały się dla niej codziennością. Jako dziecko ciągle czekała na jakieś „jutro”, w którym miały się spełnić jej marzenia. W końcu postanowiła zostawić za sobą dotychczasowe życie i wyjechać na Mazury.

Kiedy w czerwcowy wieczór Antolka pakuje się w kłopoty w portowej knajpie, z opresji ratuje ją Janek – najbardziej wyjątkowy chłopak, jakiego dotąd poznała. Czy kilka mazurskich dni okaże się czymś więcej niż wakacyjną przygodą? Czy Antolce uda się odnaleźć własną drogę? I jakim cudem prosto z Mazur wyląduje u dawno zapomnianej ciotki, w Beskidzie Niskim?

Uwielbiam książki pani Kordel. Sięgam po nie ślepo i wiem, że mi się spodobają. Do tej pory na żadnej się nie zawiodłam i każda umiliła mi wieczory, które poświęciłam na przeczytanie jej. Gdy zobaczyłam zapowiedź „Antolki" to oczywiste, że się ucieszyłam. Zwiastowało to kolejną ciekawą historię, przy której spędzę kilka wieczorów. Czy „Antolka" jest równie dobra jak poprzednie książki tej autorki, czy może moje zdanie na temat jej twórczości się zmieniło?

Gdy miałam już książkę „Antolka" w dłoniach, doznałam małego rozczarowania, gdyż okazało się, że ta pozycja ma niewiele stron i do tego posiada dużą czcionkę oraz spore marginesy. To wszystko sprawiło, że czyta się ją bardzo szybko i jest to książka na raz. Do samej historii podeszłam z bardzo pozytywnym nastawieniem. W końcu powieści pani Kordel zawsze mi się podobały. Oczywiście nie przeczytałam opisu i byłam zaskoczona, że tym razem główna bohaterka ma tylko dziewiętnaście lat. Zwiastowało to coś nowego, innego niż pozostałe historie spod pióra pani Magdy. 

Teraz, gdy jestem po lekturze „Antolki" nie do końca wiem jak ocenić tę pozycję. Z jednej strony czytało mi się ją świetnie. Kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że styl pani Kordel mi odpowiada. Jednak sama historia średnio przypadła mi do gustu. Owszem, byłam ciekawa jak potoczą się wydarzenia, jak rozwiążą się problemy Antolki, ale gdy już dostawałam te rozwiązania to niezbyt mi one pasowały. Samą Antolkę, również, średnio polubiłam.

„Antolka" trochę mnie rozczarowała, gdyż spodziewałam się, że ciekawszej historii, a ta niezbyt wpasowała się w mój gust czytelniczy. Nie zmienia to jednak faktu, że po książki pani Kordel nadal będę sięgać i już nie mogę się doczekać kolejnej pozycji.

Ocena 4/6

wtorek, 30 lipca 2019

Pandemia - Robin Cook

Przenieś się w świat najnowszych odkryć genetyki, które dają człowiekowi możliwości, o jakich dotychczas nie mógł nawet marzyć.Młoda kobieta traci przytomność w nowojorskim metrze i umiera w karetce wiozącej ją do szpitala. Istnieje podejrzenie, że zmarła była nosicielką niebezpiecznego wirusa. Podczas sekcji zwłok Jack Stapleton odkrywa, że kobieta miała przeszczepione serce, którego DNA, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, jest identyczne z jej własnym. Kiedy umierają kolejne dwie osoby, Jack podejmuje wyścig z czasem. Musi odkryć przyczynę zgonu, zanim śmiercionośny wirus zacznie zbierać swoje żniwo... Nie przypuszcza, że śledztwo zaprowadzi go tam, gdzie stawką będzie jego życie...




Dużo czasu minęło zanim udało mi się sięgnąć po jakąś książkę Robina Cooka. Od zawsze lubiłam thrillery i fascynowałam się medycyną, więc miałam wrażenie, że połączenie tych dwóch rzeczy mi się spodoba, jednak przez długi czas żadna książka z tego gatunku nie wpadła mi do rąk. Swoją pierwszą przygodę z twórczością Cooka odbyłam niedawno, kilka tygodni temu i od razu zaplanowałam, że muszę sięgnąć po resztę książek tego autora. Trochę to potrwa, bo dorobek pana Robina nie jest mały, ale ostatnio miałam okazję poznać jego kolejną książkę. Tym razem przeczytałam Pandemię". Czy ponownie zostałam oczarowana?

Książką „Pandemia" wciągnęła mnie błyskawicznie. Cały czas miałam w pamięci poprzednią pozycję Cooka, jaką przeczytałam i byłam bardzo ciekawa „Pandemii". Byłam tak niecierpliwa, że pochłonęłam ją w błyskawicznym tempie. Historia ponownie mnie zaciekawiła i nie mogłam się doczekać rozwiązania sprawy. Przy okazji śledztwa znowu miałam okazję rozszerzyć swoją wiedzę z zakresu medycyny. Po skończonej lekturze, odkryłam że właśnie przeczytałam jedenastą część cyklu „Laurie Montgomery/Jack Stapleton". Podczas lektury w ogóle nie odczułam, że ta pozycja należy do serii i o czymś nie wiem, co było w poprzedniej części, więc śmiało można ją czytać nie znając jej poprzedniczek. 

„Pandemia" to kolejny bardzo dobry thriller medyczny pana Cooka, jaki miałam okazję przeczytać. Zapoznając się z kolejną pozycją spod pióra tego pana mam jeszcze większą ochotę zaznajomić się z resztą jego dzieł. Przekonałam się również, że thriller medyczny jest to gatunek pasujący idealnie do mojego gustu czytelniczego i na pewno sięgną po niego jeszcze nie raz. 

Ocena 5/6

sobota, 20 lipca 2019

Epidemia. Od dżumy, przez HIV, po ebolę - Sonia Shah

 Ludzie XXI wieku uważają, że nic nie jest w stanie ich zaskoczyć. Nowoczesne środki higieny i wysoko rozwinięta medycyna uśpiły naszą czujność. Ogłoszono wielki sukces współczesnego stylu życia. Przedwcześnie. Coraz więcej dzieci nie zostaje zaszczepionych, patogeny mutują, a antybiotyki wykazują mniejszą skuteczność… Zagrożenie rośnie, a my nie wiemy, jak z nim walczyć.
Światowa Organizacja Zdrowia kieruje się interesem prywatnych inwestorów. Rządy państw bardziej dbają o budżety niż o zdrowie swoich obywateli. Firmy farmaceutyczne i lekarze zapewniają sobie niekończące się źródło pieniędzy, zalecając chorym nieskuteczne sposoby leczenia. A pacjenci dalej chorują i przenoszą wirusy.





Bakterie i wirusy to nie moja działka. Nie znam się na nich. Zawsze nie pamiętam, która choroba jest wywoływana przez bakterie, a która przez wirusy. Mimo tego, jeszcze w czasach szkolnych lubiłam poznawać objawy różnych chorób i przeglądać zdjęcia pacjentów z widocznymi skórnymi zmianami. Lubię poznawać choroby. Jestem też świadoma, że ta wiedza jest nieusystematyzowana i zrobił się z niej chaos w mojej głowie. Kiedy zobaczyłam książkę „Epidemia. Od dżumy, przez HIV, po ebolę" wiedziałam, że muszę się z nią zapoznać. Spodziewałam się, że poznam ciekawostki na temat różnych chorób. Czy tak się stało?

Początek książki był dla mnie trochę ciężki do przebrnięcia. Opisywane historie mnie nudziły i miałam wrażenie, że będę się męczyć z tą książką. Jednak im więcej historii poznawałam, tym bardziej zaczęła ciekawić mnie treść tej pozycji. Pani Shah opowiada nam swoją własną historię zetknięcia się z bakterią, ale także przybliża nam rozwoje różnych chorób w różnych latach w różnych państwach oraz sposoby radzenia sobie z nimi w tamtych czasach. Książka obfituje w ciekawostki, z którymi aż chce się dzielić z tymi mniej wrażliwymi znajomymi, ale także posiada nudne fragmenty, przez które czytanie jej mi się dłużyło. 

„Epidemia. Od dżumy, przez HIV, po ebolę" to nie jest książka dla każdego. Ci bardziej wrażliwi mogą nie zdołać przebrnąć przez obrazy chorób czy też opowieści jaką rolę w chorowaniu ma produkt defekacji. Lubię przeczytać od czasu do czasu jakąś książkę popularnonaukową, a temat książki pani Shah idealnie wpasował się w moje zainteresowania. Nie było to może książka, która cały czas trzymała mnie w zaciekawieniu, ale zdecydowanie jest to pozycja warta uwagi.

Ocena 4,5/6

środa, 17 lipca 2019

Sekrety Julii - Anna Płowiec

Gdy Alicja znajduje listy matki, czuje, że odkrywa historię niezwykłej miłości. Nie wie, że gdy rozwikła sekret, odmieni swoje życie raz na zawsze.
Nigdy nie wiesz, kogo spotkasz na tatrzańskiej ścieżce. Julię przed tragiczną śmiercią w górach ratuje chłopak o oczach koloru niezapominajek. Choć byłoby lepiej, gdyby ich drogi nigdy się nie przecięły, czasu nie da się cofnąć. W sercu Julii rodzi się uczucie. Kiedy zdecyduje się poddać miłości, może jednak być już za późno, a los okrutnie z niej zakpi.
Aby zawalczyć o miłość, trzeba będzie uciec się do sekretów, złamać wiele konwenansów i działać wbrew sobie. Czy to wystarczy, by ocalić uczucie, które narodziło się na górskim szlaku?
Czy rozwikłanie sekretu sprzed lat w końcu przerwie krąg niespełnionej miłości i zrujnowanych pragnień?
 

Lubię od czasu do czasu sięgnąć po powieść obyczajową. Ten rodzaj literatury idealnie nadaje się do relaksu. Ostatnio częściej sięgam po polskich autorów niż zagranicznych tworzących ten gatunek. Gdy nadarzyła się okazja przeczytania książki Sekrety Julii" Anny Płowiec to zbyt długo się nie wahałam. Opis był ciekawy i miałam ochotę zapoznać się z tą powieścią.  

„Sekrety Julii" to druga wydana książka pani Płowiec. Mimo niewielkiego dorobku literackiego to nie czułam jakichkolwiek braków w warsztacie literackim. Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie i po zapoznaniu się z tą pozycją mam ochotę poznać debiut pani Anny pod tytułem „W cieniu magnolii". Od samego początku czytania byłam bardzo ciekawa, co znajdę na stronach swojej lektury. Nie spodziewałam się, że większość akcji będzie rozgrywać się w latach sześćdziesiątych. Tytułowa Julia to matka Alicji, którą poznajemy na pierwszych stronach książki. Początkowo myślałam, że będziemy poznawać jej sekrety wraz z Alicją, jednak przenosimy się to lat wcześniejszych i dokładnie możemy przyjrzeć się historii Julii. 

Przez większość czasu nie potrafiłam się odkleić od książki „Sekrety Julii". Chciałam jak najszybciej poznać opisywaną historię. Jednak nie cały czas było kolorowo. W pewnym momencie miałam wrażenie, że czytam marnej jakości książkę młodzieżową, gdzie wszystko skupia się na seksie i namówieniu koleżanki na przeżycie swojego pierwszego razu, bo przecież inaczej opuści ją chłopak. Na szczęście nie trwało to do końca książki.  Jej poziom trochę się podniósł na ostatnich stronach i ponownie z przyjemnością zapoznawałam się z sekretami Julii. 

Podsumowując, książka „Sekrety Julii" przypadła mi do gustu i z chęcią będę śledzić dalszą karierę literacką pani Płowiec. Jednak oceniając tę pozycję nie mogłam nie wspomnieć o wątku, który mnie zdenerwował i sporo obniżył moją ogólną ocenę tej powieści. 

Ocena 4,5/5